Misja „Zachwyt”

„Ten tylko może być wybrany

Kto jest jak strucla zasupłany”

W. Szymborska, „Konkurs piękności męskiej”.

motyl

Wstawał nowy dzień. Pierwsze promienie tego dnia – jeszcze leniwe, jeszcze półśpiące, jeszcze przed poranną kawą – omiotły z wolna gęste zarośla aż trafiły na zawieszony na gałęzi motyli kokon. Ciepło wschodzącego słońca rozbudziło uśpione w skorupie nowe istnienie. Kokon zaczął huśtać się na wszystkie strony, niczym rozchwiany wybuchem wewnętrznej rebelii, gwałtownym pragnieniem wolności. Pancerz nie był łatwy do pokonania, ale ciekawość zwyciężyła – po krótkich zmaganiach warstwa pękła i otwarły się wrota świata.

Tak oto z mało efektownej poczwarki wyrósł piękny motyl. Tak narodził się Emanuel. Wyprostował się, otrzepał z resztek poporodowych i rozejrzał wokoło. Naprzeciw niego, na pobliskiej gałęzi, siedziała dwójka motyli, która z uwagą mu się przyglądała.

– Mama? Tata?

– Synku – głos Mamy łamał się ze wzruszenia. Poranne słońce zdołało rozświetlić tę parę i jej lekko powiewające skrzydła mieniły się wszystkimi barwami tęczy.

– Ale wy jesteście piękni!

– Jesteśmy motylami. – Ojciec umiał fantastycznie kryć wzruszenie, jego ton był stanowczy – Ty też jesteś motylem, więc twoje zadanie, to wzbudzać zachwyt. Zatem leć synu, tamta łąka jest twoim światem, leć, niech świat się tobą zachwyci.

Emanuel wzbił się w powietrze i ruszył z młodzieńczym entuzjazmem zbierać owacje i gesty uznania. Udał się nad tę łąkę, która skąpana we wschodzącym słońcu już cała tętniła życiem. Lecąc ponad trawami był w stanie dostrzec dźwięczący pod nim niemal wielkomiejski rwetes: widział pszczoły spijające nektar kwiatów, minął konika polnego, który oddał się bez reszty grze na swoich skrzypcach, dostrzegł mrówkę, jak zapamiętale ciągnęła coś znacznie większego od siebie. Wszyscy cieszyli się dniem i słońcem. Miał chęć sfrunąć tam w dół, wkręcić się w ten wir istnienia i dzielić z nimi swoją radość, ale brzemię zadania i poczucie odpowiedzialności nie pozwalało mu na taką swobodę. Nie mógł przecież zawieść rodziców. I jeszcze to pytanie, ten przyczajony, nurtujący niepokój: czy jest wystarczająco piękny? Czy będzie w stanie dorównać urodzie swoich rodziców?

Na kursie jego lotu znalazły się dwie biedronki. Żywo dyskutowały, zdaje się w temacie swoich kropek… Podleciał i przysiadł na liściu pobliskiej paproci. Posiedział tak chwilę licząc, że przerwie tę konwersację samym swoim przybyciem. Lecz nie doczekawszy się żadnego zainteresowania ze strony dwóch kropkowatych owadów, wyprostował się i zawachlował skrzydełkami. Stał trochę bokiem, niby od niechcenia, jakby nie zwracał na nie uwagi, ale kątem oka bacznie obserwował ich reakcję. A właściwie, to jej brak. Zaczął wtedy wykonywać powabne ruchy, lekko kołysał się i okręcał, wszystko po to, by zwrócić na siebie uwagę. Ale subtelny balet pozostał niezauważony.

Zaskoczony Emanuel cicho westchnął. Nie wiedział jeszcze, że przyjdzie mu tego dnia wzdychać wiele, wiele razy. Zebrał siły po pierwszej porażce i ruszył w łąkę chodząc od miejsca do miejsca ze swoją autopromocją, bo wiedział, że nie może spocząć, zanim nie zobaczy w czyichś oczach uznania swoich zalet.

Dla lepszego efektu skropił poranną rosą skrzydła, by perliły się we wczesnym słońcu, ale dwa polne maki, które chciał oczarować swoją metamorfozą, niewzruszone nie przestały kiwać się na boki pod wpływem lekkiej porannej bryzy. Zerwał kawałek babiego lata i owinął się nim niczym szarmanckim szalem. Tak przystrojony przeszedł się zalotnie wzdłuż brzegu Strumyka, lecz Strumyk nie przerwał swojego nurtu i dalej płynął ciesząc się obfitością swojego Źródła. Namaścił się kilkoma kroplami kwiatowego aromatu i pomachał w stronę Słońca. Ale Słońce nic nie powiedziało. Nikt nie zwracał uwagi na motyla: ani gestu zachwytu, choćby jednego słowa aprobaty.

Emanuel westchnął po raz kolejny. Zrezygnowany usiadł w cieniu krzaka. I wtedy zauważył, że cały czas jego rozpaczliwym próbom przyglądała się Stara Ćma. Siedząc na liściu ostropestu, który górował nad całą okolicą, miała świetny widok na scenę dramatu, którego aktorem był Emanuel. Motyl zmieszał się, że ktoś był świadkiem jego porażki i próbował ukryć zakłopotanie:

– A ćmy to o tej porze nie powinny spać?

– Ja już mam swoje lata, cierpię na bezsenność. – Głos Ćmy brzmiał współczująco, jakby wiedziała, co gryzie to biedne stworzenie – Choć młodzieńcze, pokażę ci jedno miejsce.

Zaproszenie niosło ze sobą nadzieję, więc Emanuel schował w kieszeń urażoną dumę i zaciekawiony ruszył za Ćmą. Nie minęło wiele zakołysań polnych maków, ani nie upłynęło wiele kropel w Strumyku, ani też Słońce nie wzbiło się dużo wyżej, gdy stanęli nad brzegiem Stawu. Nie docierał tu podmuch wiatru, więc tafla lustra była niezmącona. Na samym skraju rosła młoda olszyna, której wątłe ramiona sięgały daleko w głąb akwenu.

– Siądź tam, nad wodą i spójrz w dół. – Ćma wskazała wysuniętą gałąź drzewka.- Tylko ostrożnie, bo historia zna przypadki młodzieńców, którzy pochłonięci swoim odbiciem, wpadli w drugą stronę tego lustra. A po drugiej stronie tego lustra jest tylko dno.

Emanuel usiadł na wskazane miejsce tak delikatnie, jak tylko mógł, by nie rozhuśtać płochej łodygi.  Spojrzał w dół i zobaczył swoje odbicie. Było tak piękne, aż motyl oniemiał. Wzbudzało taki sam zachwyt, jakiego doznał na widok swoich rodziców. Jego skrzydła iskrzyły w słońcu całą feerią barw. Były zachwycające! Uśmiechnął się, a odbicie zrewanżowało się mu tym samym. Poczuł głęboką radość i ulgę.

– Widzisz? Teraz już nie potrzebujesz, by ktoś ci mówił, że jesteś piękny. Teraz już wiesz to sam. Wracaj na łąkę i ciesz się życiem.

–  Ale ja miałem zachwycać, budzić podziw. Przecież taka moja rola.

– Łąka jest jak perski dywan. Każdy jej mieszkaniec jest ważną ozdobą tworzącą piękno jej całego wzoru. Leć tam i bądź jej częścią, niech dzięki tobie pięknieje. Bądźcie wszyscy jedną mandalą.

– Ale co ja powiem Ojcu? – zaszczepiona misja wrasta w geny i niełatwo się z nią rozstać.

– Powiedz, że jesteś szczęśliwy. Wtedy on też będzie.

Wszystko ułożyło się w logiczną, jedną całość, jak wzór perskiego dywanu właśnie.

– Dobra, Stara Ćmo, powiedz, a skąd u ciebie wszystkie te mądrości?

– Widzisz, my ćmy nie rozglądamy się na boki. My zawsze lecimy prosto w kierunku Światła.

Emanuel wrócił na łąkę. Zaczął wieźć normalne życie motyla ciesząc się każdym kwiatem, liściem, każdym jednym wzorem łąkowego ornamentu. Mijał czas wyznaczany kolejnymi kołysaniami polnych maków, kolejnymi kroplami w Strumyku, kolejnymi wschodami i zachodami słońca. A motyl pochłonięty codziennością z czasem wymazał z pamięci narzuconą mu kiedyś powinność. Stał się wolny.

Pewnego dnia dostrzegł coś dziwnego, coś niespotykanego, czego jeszcze na łące nie widział. To było coś wielkiego, na czym mógłby swobodnie usiąść. Tak też i zrobił kierowany ciekawością. Był to palec. Palec Dziewczynki. Dziewczynka widząc przybysza przysunęła rękę, by lepiej się przyjrzeć Emanuelowi. Przysunęła tak blisko, że mógł zobaczyć swój uśmiech odbity w jej oczach, a ona mogła dostrzec bizantyjską misterię zdobienia jego skrzydełek, kolorowy kobierczyk zwiewnej tkaniny.

– Mamo, zobacz, motyl, jaki piękny!

– Rzeczywiście, zachwycający!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *