Droga na skróty cz.6 – Koński Trans

pegazLedwo słyszalny stukot wyrwał mnie z zadumy. Spojrzałem w lewo skąd dobiegał ten dźwięk. Z dołu ulicy w naszą stronę zmierzał niespiesznie wóz ciągnięty przez konia. Skąd taki pojazd w takim miejscu i w tych czasach? Rozejrzałem się dookoła jak wyrwany ze snu, półprzytomny, próbując wrócić do rzeczywistości. Na ławce naprzeciwko naszej starsza pani opiekowała się małym chłopcem, pałaszującym zapamiętale jakąś słodkość. Ktoś tam spacerował, ktoś inny energicznie zmierzał w sobie wiadomym kierunku. Ot, typowa scena z życia ulicy. A odgłos końskich kopyt powoli narastał i narastał.

Spojrzałem w prawo. Koło naszej ławki przystanął miejski grajek, który zaczął rozstawiać swój muzyczny kram. Wyciągnął skrzypce, futerał zachęcająco wystawił przed siebie i zaczął stroić instrument. A więc będzie koncert!

Znów spojrzałem w lewo. Wóz nie sunął płynnie, ale posuwał się subtelną iteracją kolejnych kroków, podkreślanych rytmicznym potakiwaniem końskiego łba. Automat perkusyjny kopyt wdzierał się swoim bębnieniem w życie uliczki i podporządkowywał jej puls swojemu rytmowi. Z każdą taką iteracją odgłos przybierał na sile, a ingerencja jego tętna stawała się coraz bardziej zaborcza. W końcu monotonny, jednolity stukot zawładnął całkowicie okolicą, wprowadzając w trans każdą żyjącą istotę. Nogi siedzącego naprzeciw na ławce malca już zaprzestały bezwiednego kolebania i zaczęły się bujać pod panujące dyktando. Czułem jak i moje serce lekko przyspieszyło swoje bicie, by w pełni zsynchronizować się z tym tętnem. Staliśmy się jednym.

Zupełnie nieświadom, że i moja głowa również zaczęła rytmicznie się kiwać, spojrzałem w prawo. Muzyk był gotowy: skrzypce spoczęły we właściwym dla siebie miejscu, w drugim ręku prężył się już smyczek. W teatralnym geście grajek odchylił do tyłu przeszkadzające mu poły płaszcza i smyczek powędrował na struny – dźwięki popłynęły. Zamknąłem oczy i skupiłem się na tym, co słyszałem. Melodia idealnie wpisała się w rytm wyznaczany przez końskie kopyta, oba instrumenty doskonale ze sobą współgrały. Dodatkowo echo krążące pomiędzy kamienicami zwielokrotniało efekt. Czułem, jakby nie jedne skrzypce grały, ale cała orkiestra. Idealna harmonia. Oto koncert symfoniczny na skrzypce, kopyta i echo na scenie uliczki starego miasta. Zanurzyłem się cały w kąpieli dźwięków. Poczułem, jakbym unosił się w tej toni, w której nie dociera zgiełk życia a ja jestem bliżej siebie. Poczułem, jakbym przeniósł się w inny wymiar, zyskując dodatkową oś, po której mogę wspiąć się wyżej i zobaczyć, że ten pozorny chaos oglądany z góry jednak ma jakąś regułę. Że wszystko jest potrzebne, ma swoje miejsce i jest tak, jak ma być. Grajku, graj, chwilo, trwaj.

To był jeden z takich stanów, w którym czułem się lepszym człowiekiem. Ale co to znaczy, być lepszym człowiekiem? Byłem zatopiony tu i teraz, bez rozpamiętywania przeszłości, bez lęków o przyszłość. Byłem pełen zrozumienia, ciepła i akceptacji dla każdego, kto przyszedł mi na myśl, uwolniony od nawyku oceniania.  Trwałem ani smutny, ani rozbawiony, ale po prostu szczęśliwy. Wewnętrzny uśmiech rysował mi się w okolicach serca. To jest taki stan, za którym na co dzień głęboko podświadomie tęsknię, doświadczenie dane czasem, na krótki moment, bym przypomniał sobie, czego chcę i kim naprawdę jestem. Zaraz skończy się ta melodia, a ja wrócę do swojej rzeczywistości, ale ta chwila odciśnie swój stempel, który będzie mi służył za kompas, wskazując właściwy kierunek.

Otworzyłem oczy, gdy wóz nas mijał i gdy głośność rytmu osiągnęła swoje apogeum.  Z tyłu, za woźnicą siedział młody człowiek, który bujał się bezwiednie na boki. Wymienili z Antonim powitalne gesty, jakby znali się od lat. Obok konia, lekko wycofany, bezszelestnie sunął Pegaz, kiwając się zgodnie z narzuconym rytmem i ocierając od czasu do czasu swój łeb o koński bok. Czyli nawet taki siwek ma swojego Stróża. A woźnica? Siedział zapatrzony przed siebie, zahipnotyzowany transowym kołysaniem się konia, zupełnie nieświadomy swej ogromnej roli we wszechświecie.

fot. Basia Grono
fot. Basia Grono

Melodia wyraźnie zmierzała do końca. Antoni rozejrzał się wokół siebie, po czym sięgnął do tyłu, gdzie za ławką było trochę zieleni, i zerwał pęk dmuchawców. Mrugnął do mnie porozumiewawczo, nabrał dużo powietrza i z całej siły zdmuchnął cały, biały puch wprost na skrzypka, obsypując go pierzastym pyłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *