Ave Maria

hill
foto: www.freeimages.com

 

Wyglądało, jakby wzgórze miało wznosić się w nieskończoność. Wspinał się dysząc ciężko i potykając się o sterczące w trawie kamienie, które przy każdym nieostrożnym kroku raniły stopy, bo znoszone buty nie chroniły już tak, jak kiedyś.

Wzgórze porośnięte było z rzadka drzewami, pod którymi stały czasem pochylone postaci. Wspinał się powoli podnosząc wzrok co parę chwil, próbując dostrzec kogoś pod którymś z pni. A gdy tylko dojrzał, przyśpieszał swój kulejący krok, by po chwili stanąć naprzeciw. Wtedy postać podnosiła głowę, a on mógł spojrzeć w jej oczy. Ale poza tęsknotą nie widział niczego znajomego, ruszał więc dalej w górę, a postać z powrotem zwieszała głowę i dalej czekała.

Aż zobaczył ją siedzącą na kamieniu. Poznał po brwiach uniesionych wyrazem zdziwienia i chociaż już teraz niczemu się nie dziwiła, to jednak od  tamtych pamiętnych chwil łuki pozostały wygięte na zawsze. Osunął się przed nią ciężko na kolana, zwiesił głowę i czekał na to, co powie. „Nareszcie” – powiedziała na sekundę przed tym, jak zwarli się w mocnym uścisku, którym chcieli stopić się w jedno. Jego mundur już wypłowiał i nie znać było dawnej świetności ani dystynkcji, a pasy na jej bluzie też zdążyły wyblaknąć i ich okrycia zlały się w całość.

Gdy podniósł wzrok, zobaczył znajomą zagrodę, zmurszały płot z brakującymi sztachetami, stary klon, który latem dawał cień, gdy bawił się na podwórku i już wiedział, że jest w domu.

„Sprawca czeka, by wrócić do domu. Do kogo? Do ofiary.” – Bert Hellinger.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *