Droga na skróty cz.1

Długo błąkałem się, błądziłem, kluczyłem nie mogąc znaleźć swojego celu. Te wszystkie zakrętasy, zaułki, ślepe uliczki usidliły mnie w swoim labiryncie. Co chwila wyłapywałem z tłumu kogoś, kto wzbudzał moje zaufanie i dopytywałem się o drogę. Ale wszystkie te eleganckie damy, mądrze wyglądający dżentelmeni  jakoś tak nieskładnie mi tłumaczyli, że wciąż kręciłem się w kółko. Zdesperowany, nie wiedząc, gdzie szukać pomocy, zauważyłem tegoż człowieczka – co tu dużo mówić – mocno zszarganego życiem. Włos długo niezadbany, zarost chyba stuletni, długa do ziemi kapota pamiętająca jeszcze Pierwszych Sekretarzy. Przełamując opór podszedłem do ostatniej deski ratunku. W powitalnym grymasie w czeluściach jamy ustnej błysnęła jedynka, ostatni Mohikanin. Głęboki wdech i pytam:

– Panie, którędy do Szczęścia?

– A tędy, kochany, ulicą Akceptacji, prosto, jak w mordę strzelił! – Znów flesz jedynki w ramach uśmiechu. Po czym odwrócił się i ruszył w swoją stronę niezdarnie próbując zakryć pierzaste końcówki wystające spod płaszcza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *