Droga na skróty cz.4

Trzaśnięcie zamykanych za mną drzwi. Symboliczny początek czegoś nowego. Rozejrzałem się za tym, który mnie wyciągnął, a teraz szybkim krokiem odchodził nie oglądając się do tyłu. Jego sylwetka powoli znikała mi z oczu ginąc w tłumie przechodniów, których znacznie przybyło od momentu, gdy dotarłem w tę okolicę. Ruszyłem więc za nim w górę ulicy przebijając się przez gęstniejącą ludzką masę. Musiałem się spieszyć. Skąpe oświetlenie brukowanej uliczki starego miasta wkrótce nie wystarczy i mój cel zginie w ciemności i ciżbie. A tłum gęstniał. Jakby wielka, niewidzialna siła wyciągała z wejść, bram i przecznic kolejne postaci, które przecinały drogę w poprzek. Tak, nie szedłem z prądem, nie pod prąd, szedłem w poprzek, co chwila zderzając się z kimś, kto jakby w bezładzie parł na drugą stronę traktu. W pewnym momencie wpadłem na młodego człowieka z teczką wciśniętą pod pachą. Impet uderzenia wytrącił pakunek i teczka wypadła mu z rąk.

– Najmocniej przepraszam – powiedziałem, oczekując podobnej kurtuazji w rewanżu, jednak odpowiedziało mi jakieś burknięcie, z którego trudno było wyczuć intencję przekazu. Spojrzałem w jego oczy – były puste, bezmyślne. Jego spojrzenie – wydawałoby się główny portal ludzkiej świadomości na rzeczywistość – zdawało się mieć tę funkcję wyłączoną i służyło tylko do bezrefleksyjnej nawigacji w tłumie. Z marnym zresztą skutkiem, jak można sądzić po pośpiesznym zbieraniu teczki, która sięgnęła bruku.

Zacząłem się przyglądać innym. Wszyscy mieli ten sam bezmyślny wyraz twarzy, jakby boża iskra zgasła w ich oczach. Jakby tylko jakaś siła pchała ich bezwolnych do przodu. Znalazłem się w samym środku cyklonu, który przemiatał tę ludzką masę z lewa na prawo. Z perspektywy poziomu kostki brukowej wszystko wyglądało jak chaos. Ale ciekawe, gdyby wzbić się wyżej, zmienić perspektywę, czy dałoby się zauważyć jakąś większą regułę, określić jakiś wzór, szerszą zasadę, która  tym wszystkim rządzi?

 Wszedłem na opustoszały fragment drogi i poczułem czyjąś rękę na swoim ramieniu.

– Jesteś – powiedziałem z ulgą. Odpowiedział mi jego uśmiech – Myślałem, że się nie przebiję – nawet nie próbowałem ukryć frustracji – Siądziemy?

Drewniana ławka z pięknie zdobionymi, metalowymi okuciami dała nam miejsce na wytchnienie.

– A czy wiesz, że biorąc pod uwagę wielkości atomów i tego, jak są zbudowane, to jesteście przede wszystkim pustką? – O! Dżentelmen był łaskaw przemówić wreszcie do mnie – wyobraź sobie piłkę na środku stadionu futbolowego, jako jądro atomu a mniejszą piłeczkę zasuwającą wkoło po trybunach jako elektron. Cała resztka to pustka. Więc gdyby nie ruch cząstek, ich wibracje i oddziaływanie, mógłbyś bez wysiłku przeniknąć przez tę ludzką masę.

– Czyli, że całe nasze doświadczanie materii jest możliwe dzięki temu, że wszystko się rusza?

– Właśnie tak.

– Czyli gdyby wyłączyć cały ruch, zatrzymać te elektrony i co tam jeszcze lata, to materia nagle rozsypałaby się do zwykłej kupki gruzu?

– O nie! Gruz też istnieje dzięki ruchowi. Nawet kamień, gdzieś głęboko w środku, ma swoje wirujące życie.

– To co by się stało ze światem, gdyby na chwilę powiedzieć STOP – moje pytania stawały się coraz bardziej infantylne, ale  chyba coraz bardziej trafiały sedna.

– Świat po prostu by zniknął.

A to ci! Próbowałem wyobrazić sobie, co to za siła, która pcha to wszystko do przodu. Która każe kręcić się wszystkiemu wokoło. I czy jest to ta sama siła, która kręci tą ciżbą, przez którą musiałem się przebić? A co by było, gdyby im kazać się zatrzymać. Zniknęliby?

– Wróciliby do siebie – odczytał pytanie w moich myślach.

„On,  jemu, jego, na niego, z nim, ten człowiek, ten gość, …”

– Hej, chyba warto byłoby się poznać? Pewno masz jakoś na imię? – spytałem, mając już dość zaimków.

– Przecież wiesz…

Nasze spojrzenia spotkały się. Przez chwilę zdawało mi się, że nie widzę nic poza jego oczami. W tym momencie w mojej świadomości pojawiło się to odczucie. Tak silne, że niepodważalne, mimo, że nie wypowiedziane, nie usłyszane, nie wyczytane, tylko poczute. Po prostu wiedziałem i już:

– Antoni…

Uśmiechnął się w odpowiedzi.

– A ja jestem…

– Przecież wiem! – kolejny, tym raz pobłażliwy, ale ciepły uśmiech wprawił mnie w lekkie zakłopotanie. – Piątka – Wyciągnął rękę do uścisku. Zebrałem się, by odwzajemnić ten gest, ale nasze dłonie tylko się przeniknęły, jakby gość był hologramem, a nie materią. Dobry żarcik. No bardzo śmieszne. Dowcipniś zaśmiał się przy tym tak szelmowsko, że gdyby nie te pierzaste końcówki, które jednak czasem wymykały się spod płaszcza, to zwątpiłbym w jego pochodzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *