Droga na skróty cz.5

To samo stare miasto, ta sama brukowana uliczka, sielski obrazek skąpany w sepii z pożółkłymi upływem czasu krawędziami, jak ze starego, rodzinnego albumu. Siedzę na tej samej drewnianej ławce z pięknie zdobionymi, metalowymi okuciami, beztroski kilkulatek, swobodnie huśtający nogami, za krótkimi jeszcze, by sięgnąć ziemi. Póki co radosny, cieszący się chwilą, każdym drobiazgiem, kamykiem, kawałkiem sznurka, który potrafi pochłonąć uwagę bez reszty. Jeszcze kilka lat, jeszcze parę centymetrów, a nogi sięgną ziemi, skończy się swoboda, zacznie się wspominanie przeszłości i myśli o przyszłości. Zacznie się stroskana dorosłość.

Wokoło ławki śnieżnobiałe gołębie wydziobują coś z bruku. Że też tam znajdzie się coś pożywnego… Siedzę i swobodnie macham nogami. Obute w kolorowe sandałki kilkuletnie stopy cieszą się nieskrępowaną zabawą w wahadło. W ręku ulubiona zabawka-żołnierzyk. Ten najlepszy z najlepszych, niezwyciężony, który w trakcie jednej bitwy potrafi pokonać cały batalion swoich wrogów. Ciekawe, że jednej chwili mały chłopiec niesie śmierć i zagładę całym pułkom plastikowych żołnierzyków rękami swojego super-bohatera, po czym zmęczony po trudach morderczej zabawy wtula się słodko w ramionach swojej mamy szukając ciepła i wytchnienia. W jego świecie śmierć i niewinność mieszają się ze sobą jak coś zupełnie naturalnego. Dla niego nie istnieje wyznaczana przez świat granica między dobrem a złem. Jest tylko radość i smutek. Nie ma sądów, są emocje.

– Posiedź tu chwilę sam na ławce, ja tylko pójdę coś załatwić. Tylko nigdzie nie odchodź! – w głosie Mamy jak zwykle musi wybrzmieć nuta lęku, zanim nie zniknie za drzwiami sklepowej witryny.

Sam? Jaki sam? Antoni przecież już siedzi na skraju ławki. Jak zawsze na swoim miejscu. Ubrany po swojemu tak, jak go znam z obrazka nad łóżkiem, w swoją bielusią sukienusię. Siedzi trochę sztywno, jakby nie chciał pognieść swoich skrzydeł, misternej konstrukcji, która roztacza się za jego plecami niczym świetlista poświata. Zerkam na niego z zaciekawieniem, jak tkwi przy mnie nie spuszczając mnie z oczu. Z głową podpartą na ręce spoglądam ku niemu z jednym, zasadniczym pytaniem: Po co Aniołowi skrzydła? Bo chociaż aniołowie latają w powietrzu, to jednak nie tak, jak ptaki, machając skrzydłami, tylko spływają w dół tak swobodnie, delikatnie. Przecież to musi być niewygodne na co dzień paradować z takim dodatkowym ekwipunkiem. A co dopiero w nocy? Ciekawe, czy zdejmuje je na noc? Ciekawe, czy je pierze? Takie śnieżnobiałe, jakby po wybielaczu jakimś?

Przez moją kilkuletnią głowę przebiega strumień domysłów i hipotez. Może służą mu po to, by zasłaniać nimi twarz, gdy chce coś ukryć? Może czasem pęka ze śmiechu widząc moją niezdarność a skrzydła mają mu zapewnić dyskrecję?  A może czasem płacze i nie chce, by ktoś to widział? A może jednak potrzebuje ich, by móc mnie nimi ogrzać?  Może, gdy śpię,  otula mnie miękkim, delikatnym kokonem dając ciepło i bezpieczeństwo?

A może to z tych skrzydeł rodzą się gołębie? Wyobrażam sobie, jak z tych anielskich, pierzastych końcówek tryskają w niebo puchowe kłęby, po czym otwierają im się w locie skrzydła i już jako śnieżne ptaki sfruwają na ziemię, głodne tego, co znajdą między kostkami bruku…

A może chmury mają coś z nimi wspólnego?

No bo po co Aniołowi skrzydła?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *