droga na skróty cz.7

Ryk bestii rozdarł ciszę okolicy.  Po drugiej stronie ulicy, pod ławką, leżała słodkość, którą jeszcze przed chwilą dzieciak zapamiętale pochłaniał. Jakby wyrwała się swojemu oprawcy, woląc roztrzaskać się o bruk zamiast dać się pożreć do końca.

Upadek smakołyku pociągnął jakby za sobą w piekielną otchłań malca jakimś nie-cudem przeistaczając go w niczym opętanego złością i frustracją szaleńca. Jak w szatańskich konwulsjach dzieciak wił się i darł w niebogłosy nie mogąc pogodzić się z utratą substytutu swojego chwilowego spełnienia. Energia wrzasku i rozpaczy zdawała się emitować na całe otoczenie zarażając je swoją narastającą irytacją, która lada chwila przekroczy stan krytyczny i eksploduje wołaniem któregoś z przechodniów: Ratunku, niech ktoś coś zrobi z tym bachorem! Zdawało się, że tylko egzorcyzmy przywrócą dziecku spokój. Ale… Koło starszej pani, zapewne babci diabła wcielonego, stała oparta o ławkę długa parasolka. Doskonałe narzędzie do przywrócenia młodego człowieka społeczeństwu, wbicia go z powrotem w ustalone, zatwierdzone normy.  Parasolka  jednak pozostała nieruszona. Starsza pani nie reagowało. Z niczym niezmąconym spokojem przyglądała się wyczynom swojego podopiecznego. Ba! Nawet dało się zobaczyć dobrotliwy uśmiech i jej pełne ciepła spojrzenie. Siedziała nieruchomo i czule, z uwagą przyglądała się całej sytuacji, chłonąc każdy gest, każdy krzyk, każdy płacz. Z jej sylwetki biła anielska cierpliwość. Nie była to rezygnacja, zobojętnienie, ale wręcz ciepłe przyzwolenie i aprobata.

Paliwo złości w końcu wyczerpało się. Opadły z sił malec usiadł koło babci i położył głowę na jej kolanach. Stara, pomarszczona dłoń zatopiła się w burzy dziecięcych loków i z czułością zaczęła przeczesywać blond czuprynę. Przyśpieszony oddech zaczął spowalniać aż po chwili wrócił do swojego naturalnego rytmu. Wtedy dłoń powędrowała do torebki skąd wyciągnęła małą zabawkę. Uradowany dzieciak chwycił niespodziankę i wrócił w wesołych podskokach do swojej dawnej formy.

Błoga cisza. Wtedy dopiero uwagę moją przykuł słup przy ławce, na której siedzieliśmy. Jakby go wcześniej tu nie było.  Ozdobna tablica wznosiła znajomy napis: „Ulica Akceptacji”. „Prosto jak w mordę strzelił” zadźwięczało mi wspomnienie w uszach.

– A więc to tutaj? Doszliśmy?

– Doszliśmy dopiero do początku – Antoni siedział zrelaksowany, rozparty na ławce, z twarzą skierowaną ku słońcu, łapiąc promienie ciepła, jakby ta cała kinder-afera zupełnie go nie wzruszyła.

Malec tymczasem wesoło podśpiewując pobiegł  w dół ulicy. Starsza pani również się podniosła, sięgnęła po parasolkę i nieśpiesznie ruszyła śladem dzieciaka. A ja? Wytężając wzrok próbowałem spenetrować ze swojej pozycji miejsce przy ławce, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała ta dama, próbując znaleźć coś, co potwierdziłoby moje przypuszczenia, jakiś ślad nieświadomie pozostawiony przez starszą panią, przesłanie, których ostatnio sporo pojawiło się na mojej drodze.

– Antoni, a co to jest właściwie ta akceptacja?

– Przecież sam widziałeś przed chwilą. Idziemy? – Antoni obrzucił mnie badawczym wzrokiem.

Spojrzałem wzdłuż ulicy. Droga stromo pięła się w górę. To nie będzie łagodny spacer.

– Idziemy – ciężko westchnąłem. Podniosłem się i ruszyliśmy. Jednak nie mogłem oderwać wzroku od ławki naprzeciwko szukając choćby drobnego potwierdzenia. Zaczęliśmy iść ulicą, a ja jeszcze przez długi czas rzucałem przez ramię zaciekawione spojrzenia w kierunku tamtego miejsca. Bo nie spocznę póki nie zobaczę, nie dotknę, nie będę miał dowodu, jakbym nie był w stanie uwierzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *