Kołysanka

fot. Basia Grono
fot. Basia Grono

„Popatrzcie na lilie polne, jak rosną! A przecież nie pracują ani przędą.”

Odpuściłem i poniosła mnie Wielka Rzeka. Odłożyłem wiosła i teraz nurt był moim napędem. Teraz tylko patrzyłem, a wszystko działo się tak, jak miało się dziać.

Pamiętam, jak wsiadałem do łodzi i wyruszałem w tę podróż. Włączyłem nawigację, a ta wskazała mi właściwy kierunek. Szkoda, że trzeba było płynąć pod prąd. Ale tak właśnie powiadali: trzeba się nawiosłować, by dotrzeć do Celu, wszystko zgodnie z przekonaniem. Wiosłowałem więc zawzięcie tak, jak inni wokół mnie, jedni wolniej, inni szybciej. A najszybciej zdaje się płynęli ci pod krawatem…

Mogę się teraz wygodnie rozsiąść i rozmasować zbolałe ręce. Mogę zanurzyć je w wodzie, by chłód przyniósł ulgę. Musi minąć trochę czasu, zanim wchłoną się pęcherze.

Pamiętam, że Cel, falujący jak fatamorganiczny zwid, kuszący jak kurtyzana, pląsał wabiąco tuż za widocznym w dali przesmykiem, by rozmyć się w nicość, gdy był już prawie na wyciągnięcie ręki. Płynąłem jednak dalej, bo w oddali majaczyła się kolejna jego obietnica, która rozpłynęła się, gdy tylko byłem bardzo blisko: znów psotliwie machała mi z daleka za kolejnym zakrętem. Zabawa w berka zdawała się nie mieć końca.

Odpuściłem, a Rzeka sama poniosła mnie do Celu, oddycham i mam to błogie poczucie, jakby wyłączyli grawitację. Nie wiem, dokąd płynę, zaciekawiony, dokąd nurt mnie zaprowadzi. Jestem bańką mydlaną, płatkiem śniegu niesionym przez wyższą siłę we właściwe sobie miejsce. Jestem lilią. Wiem, że Cel już osiągnąłem, bo Cel to stan, nie rzecz czy miejsce.

Pamiętam, jak odłożyłem wiosła, by otrzeć pot i przez moment zastanowić się nad tą gonitwą. Mijały mnie zatroskane spojrzenia tych, którzy nie ustawali w wysiłkach. Spokojnie, wiosłujcie dalej, ja chcę tylko chwilę pomyśleć. Woda zakołysała łódką. Bujała mną tak długo, aż sam wpadłem w rezonans, aż sam się stałem falą, aż zrozumiałem że Rzeka chce w ten sposób do mnie przemówić, że posłała gońców fale, by zaśpiewały mi tę kołysankę. I stało się. Podjąłem decyzję, a niech tam… Dałem się porwać Wielkiej Rzece i zacząłem zmierzać przeciwnie niż wszyscy niesiony nie wiadomo dokąd. Opuszczone wiosło gdzieś odpłynęło obrażone. Nawigacja rozpaczliwie próbowała przywołać mnie do porządku: przeliczam trasę, przeliczam trasę… I ten wyraz twarzy tych, którzy mnie mijali… A mnie, wybranego, rzeka niosła …

Gdy zamykam oczy, to czuję, jak Rzeka śpiewa mi falującą kołysankę. Nie boję się wirów ani wystających skał, o które mógłbym się roztrzaskać. Bo o tym też jest w tej kołysance.

— * * * —

Gdy się zasypia na siedząco, w pewnym momencie mięśnie wiotczeją i głowa gwałtownie opada w dół. Obudziłem się. Zawstydzony rozejrzałem się wokół łodzi, czy ktoś zauważył chwilę słabości i chwyciłem za wiosła. Bezmyślność tej czynności tworzy wolną przestrzeń do rozmyślań: wróciłem do mojego snu. Jeśli samo życie jest snem, to czym jest śnienie, gdy śpię? Powrotem do prawdziwej rzeczywistości? Wspomnienie wyśnionej przed chwilą błogości sprawiło, że znów przestałem wiosłować. Zanurzyłem ręce w wodzie i wczułem się w kołysankę fal, zastygając na kilka chwil w zadumie. No i odpuściłem. I poniosła mnie Wielka Rzeka. Odłożyłem wiosła i teraz nurt był moim napędem. Teraz tylko patrzyłem, a wszystko działo się tak, jak miało się dziać.

– Kim jesteś? – zapytałem ją, nabierając kilka jej kropel na dłoń.

– Twoją pasją przecież – odpowiedziała pluskiem o burtę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *